Szalom ludzie prawowierni, kozy, goje, gojki i ty, księże proboszczu. Aj waj, no takiego burdelu, jaki nam się w Najjaśniejszej ostatnimi czasy wytworzył, to ja jeszcze nie widziałem - jeszcze tylko czerwonych latarni brakuje. Uprzedzam, że w tej notce będę przeklinał bo tak się wjawnogrzeszniczyłem, że aż wyszedłem z siebie i stanąłem obok - jeśli więc drażnią cię słowa nieparlamentarne to skończ lekturę >>>tutaj<<<. Aha, i ciut dłużej będzie - żeby nie było, że nie ostrzegałem.
O rekonstrukcji tego pierdolnika, który niektórzy uważają za rząd, a ja za (nie)rząd, pisałem w ostatniej notce - dwa dni temu. I znów zmuszony jestem powrócić do tematu bo tak niedojebaną ekipę to ciężko byłoby znaleźć nie tylko ze świecą, ale nawet z pieprzonym reflektorem przeciwlotniczym z okresu II wojny światowej - po prostu tej ciemnoty żadne światło nie jest w stanie rozproszyć, czasem mam wrażenie, że jakby ten odnowiony (nie)rząd postawić w samo południe na saharyjskim słońcu to by całą jasność wjebało jak paczkę gwoździ na budowie. Ministrem (nie)sprawiedliwości jest typ mający 64 zarzuty dyscyplinarne, z funkcji ministra edukacji nie wyjebano tępej dzidy bredzącej o polskich nazistach budujących obozy zagłady, ministrem spraw wewnętrznych po raz kolejny został nielotny orzeł, który już raz udowodnił, że się na to stanowisko ni chuja nie nadaje, a szefem tego burdelu jest patologiczny łgarz, który prawdę mówi tylko wtedy, gdy się pomyli - i tak dalej, i tak dalej. Gdyby taki (nie)rząd wymyślił błogosławionej pamięci pan Stanisław Bareja, gdyby stworzyli go chłopcy z grupy Monty Pythona, względnie gdyby wykoncypował go Mel Brooks - byłaby to niewątpliwie absurdalna komedia na najwyższym poziomie - ale to się, kurwa, dzieje naprawdę, to nie jest film. A żeby było ciekawiej: dalej w Najjaśniejszej żyją ludzie twierdzący, że pan Donald Tusk z przydupasami jest najfajniejszym zjawiskiem od kiedy ludzkość wymyśliła pierdolenie. Ale tak, niestety, działa demokracja - ludzie głosują na jedną bandę idiotów bo wydaje im się, że oważ banda jest jedynym, co może obronić ich przed drugą bandą. Praktyka dowodzi, że tak jednakowoż nie jest i wcale często zdarza się, że ci "obrońcy" stają się gorszym wrzodem na dupie niż poprzedni reżim.
Z tą demokracją w Najjaśniejszej to też zresztą jest chujowato. Zaledwie wczoraj szef obecnego (nie)rządu, pan Donald Tusk, wydał dla swoich (nie)rządowych przydupasów ukaz odbierający im możliwość wyrażania własnego zdania pod groźbą wypierdolenia na zbity ryj z roboty. (Nie)rząd ma mówić jednym głosem - a kto z (nie)rządu będzie chciał publicznie wyrazić własne zdanie ten dostanie pożegnalnego kopa w dupę. Tak wygląda demokracja w wykonaniu tzw. Koalicji Demokratycznej, aż normalnie przypomina mi się pratchettowski lord Vetinari* - przy czym Havelock Vetinari był genialnym politykiem i mężem stanu, z którym liczyli się wszyscy w Ankh-Morpork i okolicach, a pan Donald Tusk jest jego nieudaną karykaturą: miernym kłamcą i fatalnym politykierem, z którego zdaniem liczą się tylko owsiki między jego własnymi pośladkami, a i to tylko czasami. Zadziwiające: tym razem kodomici z tak zwanego Komitetu Obrony Demokracji, mimo ewidentnego łamania przez zajmującego fotel premiera pana Donalda Tuska zasad demokracji, zachowują się jak ogórek w dupie - ani ich nie słychać, ani ich nie widać.
Żeby było jeszcze ciekawiej: rekonstrukcja (nie)rządu polegała też na stworzeniu nowego ministerialnego stołka: ministra kontroli ministerstw. Ja się przyznaję: nie wierzyłem, gdy mi moje wiewióry o tym doniosły bo myślałem, że dworują sobie ze mnie chcąc mnie na dudka wystrychnąć - ale się zarzekały, że to szczera prawda, i że absolutnie mnie w chuja nie robią, ani nie bredzą pod wpływem piwska lub gorzały. Za czasów słusznie minionego systemu, w latach 1952-1957 faktycznie istniał w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej Urząd Ministra Kontroli Państwowej; podobno tak zwany socjalizm skończył się u nas 36 lat temu, a sam UMKP zlikwidowano ponad cztery dekady wcześniej - ale, jak widać, niektórym się marzy przywrócenie pewnych, słusznie wymarłych, zawodów.
A na koniec tej przydługiej notki zerkniemy sobie co też słychać u pana Beksa Lali (przepraszam: Szymona Hołowni), pełniącego funkcję rotacyjnego marszałka sejmu. Otóż pan Beksa Lala (przepraszam: Szymon Hołownia) publicznie stwierdził, że przyłazili do niego rozmaici ludzie z zapytaniem, czy byłby chętny przeprowadzić zamach stanu polegający na niedopuszczeniu do zaprzysiężenia prezydenta-elekta, pana Karola Nawrockiego. Nie trzeba być jakimś kurewskim bystrzakiem, żeby dojść do wniosku, że ci ludzie musieli być z obecnie rządzącej tzw. Koalicji Demokratycznej, bo to oni najbardziej by skorzystali na pierdolniku, jaki by się po takim ruch marszałka sejmu wytworzył. Osobistycznie uważam, że pan Beksa Lala (przepraszam: Szymon Hołownia) zrobił całkiem dobrze odmawiając przeprowadzenia zamachu stanu - przy czym ja bym na jego miejscu pograł nieco inaczej. Otóż ja bym się opluskwił** i nagrywał wszystkich oferentów, a potem caluteńki nagrany materiał przesłał do Trybunału Stanu, prokuratury i mediów, oraz opublikował go w internecie, łącznie z nazwiskami puczystów. A potem siadłbym sobie wygodnie w fotelu przed telewizorem*** z pop-cornem w misce i colą w łapie aby popatrzeć, kto pierwszy dobierze się do dup państwowego naczalstwa: wymiar sprawiedliwości z zamiarem wpierdolenia ich za kraty, czy zwykli ludzie z zamiarem wpierdolenia szyszkownikom kilku kos pod żebra i powieszenia całej reszty na okolicznych drzewach i latarniach. Niestetyż, pan Beksa Lala (przepraszam: Szymon Hołownia) się z sekretu nie spuścił, nazwisk nie podał - i na tym etapie cała sprawa się z lekka wyjebała, iście niczym krowa na wrotkach. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że pan marszałek rotacyjny nabierze trochę rozumu i jaj, potencjalnych puczystów podpierdoli - i zabawa jeszcze się zacznie. A jeśli już dojdzie do wieszania tych, którzy zamach stanu szykowali, to z miłą chęcią popatrzę na obywatelskie wymierzanie sprawiedliwości - może nie do końca zgodne z tymi wszystkimi dzisiejszymi kodeksami, prawami człowieka i innymi bzdurami, ale niewątpliwie dające widzom dużo radości, a winnych resocjalizujące, że tak sobie pozwolę zażartować, na amen.
Pozdrawiam ze Wspanialewa Górnego
* patrycjusz (znaczy się najwyższa władza) miasta Ankh-Morpork, który uważał, że demokracja jest świetnym systemem opierającym się na zasadzie "jeden człowiek - jeden głos". W Ankh-Morpork ten głos miał właśnie lord Vetinari
** znaczy zainwestował w dobry podsłuch
*** specjalnie na tę okazję bym sobie kupił jakiś wyjebany sprzęt